W ciemnym pokoju
rozległo się stłumione rzężenie. Wokół było ciepło, ciało leżące na łóżku wręcz
nim promieniowało. Pachniało letnią nocą bez uchylonego okna.
Dziwny odgłos powoli się nasilał… po chwili jednak został stłumiony przez zdecydowane, suche kaszlnięcie.
- Kurwa mać – wycharczała z trudem dopiero co obudzona osoba. W myślach, lekko się dusząc, zauważyła błyskotliwie, że wczorajszy dzień całkowicie wysuszył i wypalił jej płuca. Nigdy nie była na pustyni, ale zawsze wydawało się jej, że tamto powietrze czuć dokładnie w ten sam sposób. Ognista pięść raz po raz przedzierała się przez chropowatą rurę gardła.
Westchnęła i okryła się szczelnie kołdrą. Czubek blond czupryny wystawał z wierzchołka białego kokonu, pośpiesznie utkanego za pomocą dłoń, łokci i stóp.
Nie było jej jednak dane rozkoszować się w cierpieniu miękkością tkaniny.
Usłyszała leciutkie kroki. Stopy kobiety delikatnie muskały podłogę. Płeć żeńska zwykła chodzić w śmieszny sposób. Po chodzie bardzo łatwo rozpoznać, kim jest zbliżająca się osoba.
Miły zapach kremu Nivea przedarł się przez mikroskopijną pajęczynę bielących się w dziennym świetle nici. Aurora odsłoniła leniwie głowę, czując zimno wprawionego w ruch, wcześniej zastałego powietrza.
- Wstawaj, już po czwartej… – oznajmił pieszczący uszy, niski głos.
Niektóre hałasy potrafią być przyjemne, pomyślała dziewczyna rozkopując pierzynę nogami. Otworzyła szeroko oczy, by się rozbudzić. Sekundę później śliczna, skąpana w czerni postać znikła
za framugą drzwi. Zdążyła zobaczyć jedynie nogawkę ciemnych, dopasowanych spodni. Rozmazaną. Biegnącą poza jej pokojowy wszechświat.
Aurora pewnym chwytem złapała za kurek półtoralitrowej butelki wody i po chwili siorbała już ją, kontemplując piękno poniedziałkowego poranka. Muszę szerzej otwierać okno na noc, postanowiła, wstając szybko z materaca. Zakręciło się jej w głowie. Mocno zacisnęła zęby, starając się złapać równowagę i doskoczyła do parapetu. Przesunęła doniczki pozarastane majestatycznie szmaragdowym bluszczem. Wychyliła się przez lukarnę, opierając brzuch na łączeniach fynsterbretu i łapczywie zaczęła wdychać powietrze ogrzewane przez sączące się poprzez plątaninę gałęzi promienie słońca.
Z salonu dobiegła do niej muzyka. Sylwia i Patti Smith witały dzień dźwiękami Glorii. jesus died for somebody's sins but not mine...
Dziwny odgłos powoli się nasilał… po chwili jednak został stłumiony przez zdecydowane, suche kaszlnięcie.
- Kurwa mać – wycharczała z trudem dopiero co obudzona osoba. W myślach, lekko się dusząc, zauważyła błyskotliwie, że wczorajszy dzień całkowicie wysuszył i wypalił jej płuca. Nigdy nie była na pustyni, ale zawsze wydawało się jej, że tamto powietrze czuć dokładnie w ten sam sposób. Ognista pięść raz po raz przedzierała się przez chropowatą rurę gardła.
Westchnęła i okryła się szczelnie kołdrą. Czubek blond czupryny wystawał z wierzchołka białego kokonu, pośpiesznie utkanego za pomocą dłoń, łokci i stóp.
Nie było jej jednak dane rozkoszować się w cierpieniu miękkością tkaniny.
Usłyszała leciutkie kroki. Stopy kobiety delikatnie muskały podłogę. Płeć żeńska zwykła chodzić w śmieszny sposób. Po chodzie bardzo łatwo rozpoznać, kim jest zbliżająca się osoba.
Miły zapach kremu Nivea przedarł się przez mikroskopijną pajęczynę bielących się w dziennym świetle nici. Aurora odsłoniła leniwie głowę, czując zimno wprawionego w ruch, wcześniej zastałego powietrza.
- Wstawaj, już po czwartej… – oznajmił pieszczący uszy, niski głos.
Niektóre hałasy potrafią być przyjemne, pomyślała dziewczyna rozkopując pierzynę nogami. Otworzyła szeroko oczy, by się rozbudzić. Sekundę później śliczna, skąpana w czerni postać znikła
za framugą drzwi. Zdążyła zobaczyć jedynie nogawkę ciemnych, dopasowanych spodni. Rozmazaną. Biegnącą poza jej pokojowy wszechświat.
Aurora pewnym chwytem złapała za kurek półtoralitrowej butelki wody i po chwili siorbała już ją, kontemplując piękno poniedziałkowego poranka. Muszę szerzej otwierać okno na noc, postanowiła, wstając szybko z materaca. Zakręciło się jej w głowie. Mocno zacisnęła zęby, starając się złapać równowagę i doskoczyła do parapetu. Przesunęła doniczki pozarastane majestatycznie szmaragdowym bluszczem. Wychyliła się przez lukarnę, opierając brzuch na łączeniach fynsterbretu i łapczywie zaczęła wdychać powietrze ogrzewane przez sączące się poprzez plątaninę gałęzi promienie słońca.
Z salonu dobiegła do niej muzyka. Sylwia i Patti Smith witały dzień dźwiękami Glorii. jesus died for somebody's sins but not mine...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz